Z jednej strony męska przygoda i okazja do poznania bardzo odległych zakątków świata. Z drugiej – codzienne mierzenie się z niebezpieczeństwem i samotnością. Takie są blaski i cienie pracy kierowcy ciężarówki. Na temat tej profesji narosło wiele mitów, zwłaszcza jeśli chodzi o wyjazdy na wschód. Dwaj emerytowani kierowcy opowiedzieli „Kurkowi” o swoich przeżyciach „za kółkiem”.

Ciężarówką przez świat
Dla Romualda Sobolewskiego (z lewej) najciekawsze były wyprawy na wschód, bo zachód, jak mówi, jest zbyt przewidywalny

NAJWAŻNIEJSZE, TO UMIEĆ CZEKAĆ

Romuald Sobolewski jako kierowca ciężarówki wożący towary za granicę przepracował 20 lat. Dziś jest już na emeryturze, ale przyznaje, że wciąż go ciągnie „za kółko”. – Ten zawód wciąga jak narkotyk – zwierza się. Przekonuje, że kierowca ciężarówki to specyficzny typ człowieka. – Żeby go zrozumieć, trzeba wejść w jego skórę – mówi pan Romuald. – Najważniejsze w tym zawodzie, to umieć czekać. Sama jazda sprawia przyjemność, ale oczekiwanie na załadunek, rozładunek, sprawy papierkowe i odprawy zajmują dużo czasu i wymagają cierpliwości – zauważa.

Jego przygoda z zagranicznymi wyjazdami zaczęła się w połowie lat 70., kiedy to podjął pracę w Orbisie jako kierowca autokaru wycieczkowego. – Orbis był największą firmą turystyczną w Polsce. Dysponował autobusami marki Mercedes. Co prawda sprowadzonymi, ale zawsze – wspomina. Pierwszy zagraniczny wyjazd odbył do Jugosławii. Jeździł też na zachód, m.in. do Danii, podróżował z olsztyńskim Zespołem Pieśni i Tańca „Warmia” oraz muzykami filharmonii. Z perspektywy czasu dostrzega, że tamte wyjazdy wiele go nauczyły i zdobyte wówczas doświadczenie przydało się w późniejszym okresie.

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.